Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomysły. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pomysły. Pokaż wszystkie posty

25 stycznia 2010

Kryształ


Kobieta często myśli o sobie: - Mnie już więcej nic nie potrzeba oprócz tej jedynej spokojnej śmierci. Nie znoszę bólu. Nie wiem, czy byłabym w stanie znieść jakikolwiek rodzaj bólu. Ale śmierci nie boję się. Ona musi kiedyś nadejść, choć wolałabym, aby przyszła nie tak prędko. Wolę ją jednak odłożyć. Na później. Choćby na jutro. Zatem tej mojej przyszłej śmierci zawsze towarzyszyć będzie lęk. Dzisiaj nie wpuściłabym jej do siebie. Niechby tak stała za drzwiami, niechby kopała w te drzwi. Nie wpuszczę. Dopiero po pewnym czasie zastanawia się nad tym, dlaczego w ogóle myśli o śmierci w tym wieku, który do takich przemyśleń jej nie opoważnia.
Nauczyciel szedł pusta uliczką do domu i myślał, że nie jest znowu tak źle na tym świecie, skoro ma się do kogo iść, w kogoś wierzyć. Odczuwał miły powiew wiatru na skórze twarzy, wiedząc, że jak zwykle o tej samej porze zacznie się wspólny obiad i rozmowy, a potem – słuchanie muzyki.
Kobieta i tym razem czekała z gotowym obiadem i siedząc na krześle przy kuchennym stole, w pewnej chwili zdrzemnęła się, nie mogąc najwidoczniej znaleźć pociechy w czytaniu tygodnika. Zeszłego popołudnia było tak samo to samo czekanie, drzemka przerwana wizytą sąsiadki. I dzisiaj przyszła, budząc jej sen. Przyszła z wieścią, że do spółdzielni przywieźli kryształy. Cos podobnego! Kryształy do wiejskiego sklepu. Pokazuje torbę. Wyciąga z niej pakunek. Rozwija. Stawia na stole. Ostre światło słonecznych promieni bawi się w ostrych cięciach szkła. - Przechodziłam właśnie obok sklepu i coś mnie tknęło – tłumaczy sąsiadka – musiałam wejść i zobaczyć. I proszę, co kupiłam. Jak się podoba?
Kobieta chwali kryształowy wazon, przypatrując mu się z każdej strony. Widząc radość w oczach sąsiadki, komentuje krótko, lecz wymownie: - Piękny, naprawdę piękny.
Czas mija niepostrzeżenie, odmieniając popołudnie w wieczór. Wchodzi mąż i zastaje żonę samą, w wieczornym domowym ubranie, śpiącą na krześle, z głową wspartą na dłoniach. Światło kuchenne zapalone, włączone radio wypełnia pomieszczenie muzyką. Mężczyzna rozbiera się, wraca do przedpokoju, gdzie pozostawia na wieszaku palto, kapelusz i marynarkę. Przechodząc do kuchni przeciąga się i obserwuje jak żona bezszelestnie wstaje, podchodzi do kuchenki, i włącza palnik pod garnkiem z zupą.
- Jaki ja jestem głodny – mówi mężczyzna, kierując te słowa raczej do siebie, aniżeli stara się zwrócić uwagę żonie.
- Wiesz, że dzisiaj do sklepu przywieźli kryształy.
- Kryształy? – dziwi się, bo nigdy nie widział na półkach wiejskiego sklepu kryształów.
O tak, to jest temat do dyskusji. Przypomina sobie jak bardzo chciał zostać sportowcem i zawsze marzyły mu się puchary. Marzyło mu się wypełnić taki puchar szampanem, zanurzyć w nim usta i wypić wszystko do dna.
Tymczasem zanurza łyżkę w warzywnej zupie. Je pośpiesznie. Żona towarzyszy mu przy posiłku. Nalała sobie zupy i teraz powoli wybiera ją z talerza łyżką, przesuwa do ust, połyka.
- Jutro jadę na wycieczkę – mówi mężczyzna.
- Mówiłeś już o tym.
- Tak ale myślałem, że już o tym zapomniałaś.
- Nigdy nie zapominam tego, co do mnie mówisz.
Rzeczywiście nie zapomina jego słów. Są od dwóch lat razem. Są normalnym małżeństwem, choć nie mają dzieci. Nie obiecywali sobie mieć dzieci, choć ona w tej chwili nie pracuje, więc mogłaby się dzieckiem zająć, gdyby było. On nie ma jej za złe tego, że teraz nie chce mieć dziecka. Rozmawiali już o tym. W ogóle to często rozmawiają z sobą i zdarza się, że nie są dla siebie mili.
Ona mówi, że dopiero kiedy dorobią się czegoś, będą mogli pozwolić sobie na dziecko.
- Ale czy my się kiedykolwiek dorobimy czegokolwiek? Jak możemy do czegoś dojść, jeśli ty gnijesz w tej dziurze, uczysz durne dzieciaki a za przyjaciół masz podobnych do ciebie nieudaczników życiowych lub idealistów, co na jedno wychodzi. Marnieję przy tobie i czuję się niepotrzebna.
- Nigdy nie starałaś się mnie zrozumieć – odpowiadał.
- Tak jak ty nie zrozumiesz kobiet.
- Jak większość kobiet, nie masz jakiegokolwiek światopoglądu.
- A jaki jest ten twój światopogląd. Uczysz tych swoich pisać, czytać i starasz się wszczepić w ich puste głowy tak bardzo nieprzydatne rzeczy, że głowa boli.
- Więc co mam robić?
Rozmawiali w ten sposób kilka razy, choć za każdym razem coraz mniej zawłaszczali sobie przestrzeni do dyskusji, w której racja każdego z nich znaczyłaby więcej.
Ostatnio bardzo wiele zmieniło się i cichły pretensje, jakie wobec siebie zgłaszali.
Obiad jak zwykle jedli późno. Dzisiaj był później niż zwykle, gdyż nauczyciel musiał zostać dłużej w szkole. Jutro ten wyjazd, dwudniowy, z noclegiem poza domem. Kobieta nie będzie zadowolona, bo do tej codziennej samotności, na którą ją naraża, dokłada kolejny element swojej nieobecności. Kiedy zjedli obiad i żona przygotowała herbatę, do której postawiła talerzyk ze świeżo usmażonymi faworkami, popatrzył na nią w taki jakiś inny sposób, wyrażający bunt, a może współczucie.
- Popatrzymy dziś na teatr? Coś Ibsena – odczytywała z trudem – kawa wylała się na gazetę.
- Wiesz – zaczął Adam – chciałbym, abyś jutro kupiła kryształ, taki, jaki będzie ci się podobał.
 - Nie musimy kupować kryształu.
 - Obawiam się, że jednak musimy. Chciałbym przywieźć z wycieczki kwiaty. Nie sądzisz, że w tym naszym pokoju brakuje kwiatów.
- Myślałam, że dla mnie te kwiaty...
- Dla ciebie.
- Dlaczego od razu nie powiedziałeś, że dla mnie.
- Muszę i tego się nauczyć. Chciałbym coś zmienić.
- I zaczynasz od kwiatów?
- Od czegoś trzeba zacząć. Może wybierzemy się gdzieś w sobotę?
- Gdzie chcesz jechać?
- Jest to mi zupełnie obojętne. Musimy pobyć trochę razem.
- Razem? A nie jesteśmy?
- Razem dla siebie. Tylko dla siebie. Obiecuję, że nie będę brał zeszytów do domu. - W ogóle nie będę brał niczego, co mogłoby się kojarzyć ze szkołą.
- Byłoby miło... inaczej.
- Dlatego kup ten kryształ.
Wieczorem obejrzeli przytuleni do siebie „Dziką kaczkę”.


(1978) 



Brzask

Odczepiono lokomotywę i zostaliśmy sami na pustkowiu, zepchnięci na boczny tor zanurzony w wysokiej trawie, otoczony zewsząd szpalerami wybujałych, kolczastych krzewów.
Którejś nocy, w czasie gdy byliśmy już na etapie przyzwyczajania się do nowego miejsca, zauważyliśmy, że rozkręcono szyny, ciągnące się długimi brunatnymi strużkami aż do odległego rozjazdu, a stamtąd do miasteczka. Taki oto był los tej wąskotorowej kolei. Któżby pomyślał, że jednej nocy odcięta zostanie droga powrotu. 
Pewna kobieta dowiedziawszy się o tym fakcie oznajmiła, że prosiła Boga o takie rozwiązanie. – Śniłam to i wiedziałam, że się spełni. Moje sny są prorocze.
Być może wielu z nas myślało podobnie, lecz nikt oprócz niej nie miał odwagi przyznać się do swoich szczególnych marzeń. Po długich godzinach milczenia, jakie wtedy zapadło, godzinach będących wyrazem naszych wątpliwości i reakcją na ów dziwny stan naszej świadomości, postanowiliśmy położyć kres naszemu zwątpieniu i apatii. Przystąpiliśmy do świętowania każdego dnia i poczuliśmy się wreszcie właścicielami nowego życia. Czuliśmy, że uczestniczymy w odkrywaniu i nazywaniu otaczających nasz przedmiotów, roślin i zwierząt. Chwaliliśmy naturę, jej nowych bogów i czarowników. Znaleźliśmy się w zaklętym korowodzie radości, jaka spłynęła na nas niby ożywczy powiew morskiej bryzy. Oto w jednej chwili staliśmy się dziećmi z lekkim bagażem wspomnień i ciężkimi tobołami nadziei. Odurzeni narkotycznym tańcem nie wierzyliśmy, aby los gotował nam gorzką ucztę i jedynie dla pokusy łaskotał nasze podniebienia fałszywym słodem. 
Otóż i ziemia nasza, jak okiem sięgnąć, dziewiczo piękna, cicha i tylko pozornie obumarła. I na tej ziemi tych kilkanaście wagonów, stojących jeszcze na szynach cywilizacji, ta nasza oaza, domostwa, spiżarnie i warsztaty pracy – to wszystko, co wzięliśmy z sobą szpeciło te krainę, choć jednocześnie było dla nas na ten czas niezbędnym łącznikiem ze światem, od którego odeszliśmy.
Nie wiedzieliśmy na jak długo starczą nam zapasy żywności. Zanim zaczniemy żyć naprawdę, trzeba będzie czas jakiś korzystać z dobytku, który przytaszczyliśmy z sobą. W tej chwili był on nam potrzebny jak tlen. 
Zasiadając do pierwszego ogniska, nie mogliśmy się oprzeć zdziwieniu, jak ogromny ciężar dźwignęła lokomotywa, przenosząc go na nowe miejsce. Wspomnieliśmy tę szczególną podróż, podczas której, z racji jej powolności, wyskakiwaliśmy w czasie jazdy z wagonów i podążaliśmy skrajem torowiska obok ślamazarnie połykającej przestrzeń kolejki.
A potem ... potem, nasyciwszy się na tej pierwszej wieczerzy w innym świecie, rozmyślaliśmy wiele o naszej przyszłości, rozmawiając długo i bezustannie słuchając jedno drugiego. Uwierała nas nie troska o przetrwanie i lęk przed nieznanym, lecz ten potężny balast naszych przyzwyczajeń. Pragnęliśmy tego, aby wszelkie zło tamtego świata, jakie przywieźliśmy z sobą, można było wyrzucić z pamięci, jak ten sen drażliwy, przed brzaskiem, budzący niepokój, lecz znikający natychmiast po pierwszym spojrzeniu w poranne promienie słońca.(...)


(1992) 

[Wątek podróży i zmiany miejsca występuje w bardzo wielu innych tekstach. Powyższy jest niejako uzupełnieniem czy kontynuacją innego tekstu, który, jeśli czas pozwoli, zamieszczę. Charakterystyczną cechą tego wątku jest kreowanie świata przedstawionego z punktu widzenia pewnej zbiorowości, co nie występuje we wcześniejszych próbach i z tego prawdopodobnie powodu w pewnym momencie zaniechałem dalszego ciągu.]