24 listopada 2010

Jeśli ten chleb...

jeśli ten chleb był czerstwy
smakował inaczej
jeśli wino kwaśniało w ustach
zaciskałem zęby 
jeśli moja wyobraźnia zataczała niski krąg
wykorzystywałem codzienność

mój chleb puszysty
moje słodkie wino
moja wyobraźnia ogromna

straciłem smak
nie jestem spragniony
jestem nią przygnieciony

Nie ma powrotu

nie ma powrotu
była łąka
tam
rybne stawy
te nasze jeziora błękitne
drzewa sadzone ręką chłopca
jak ciężko było
w glinianym podłożu
zanurzyć taflę metalu
pamiętam
jak złowiłem pierwszą rybę
długo walczyła
zanim zległa w wysokiej trawie
ojciec zbudował nieopodal stanicę
mój pierwszy kajak był wywrotny
ale to czas
powywracał wszystko.

8 listopada 2010

Słowo

Słowo ma być proste
nie komplikuj
księżyc nie jest słowem banalnym
kiedy wypowiesz je tak
jakbyś był na nim
słowo może być kalekie
słowo nie może kaleczyć
nie używaj słów brudnych
nie dotykaj nimi
oszczędzaj słowa na rozmowę
z kimś kto słuchać potrafi
nie spiesz się
zatrzymaj się wpół słowie
czasami zamilknij

6 listopada 2010

Przed zaśnięciem (2)

(...) tyle rzeczy chciałbym Ci opowiedzieć, tyle spraw przekazać, wyspowiadać się przed Twoim majestatem, bo wiem, że w odróżnieniu od innych bogiń, które po poczęciu świata, umywają ręce od opieki nad ludźmi, Ty jedna nie boisz się ich kochać , a jeśli nawet nie wyzwalasz ich od śmierci, to sprawiasz, że lęk przed nią nie jest tak straszny, tak nieskończoną ufność pokładam w Tobie, że z każdą chwilą przybliżającą mnie do nieuchronnego końca jestem spokojniejszy o moje przyszłe istnienie,

to już, zadyszka stalowych kół pociągu, nierówne przerywane tętno, coraz wolniejszy żałobny krajobraz z oknem, pierwsze światełka kolejowej stacji, czy aby konduktor-charon nie zapomni o mnie, czy zdoła w półmroku stacji odnaleźć tę Dziewczynę, która dla niego jest tylko dziewczyną, dla mnie, już mówiłem, wstaję, nie wytrzymuję, podchodzę do okna, czy można wzrokiem, jak magnesem przyciągnąć do siebie,

stoimy, nerwowe chwile, co ja mówię, godziny oczekiwania, jakieś rozmowy, senne, słyszę własny oddech, potem głos konduktora, chyba znalazł, poznał, jeszcze raz wychodzi na peron i daje latarką sygnał maszyniście, aby ruszył, pociąg leniwie podnosi się z posłania, sapie, targa wagony, wreszcie oddycha pełniej, w odróżnieniu ode mnie, spoglądam z niepokojem na drzwi swojego przedziału, powinienem przecież wstać, przywitać się, nie robie tego i już za chwilę jest za późno, drzwi rozsuwają się nagle, kiedy już niemal zasypiałem, mój przyjaciel-konduktor wypełnił swą misję i zadowolony z siebie, wprowadza dziewczynę do mojego świata, tak bardzo się cieszę, że Cię widzę i zamiast wylewnych rozmów powiało srogim milczeniem, czyżby nie wiedziała, że jest Tą, na którą zawsze czekałem, jest pan szalony, zupełnie szalony, nie podejrzewałam pana o to, że zrobi wszystko, aby się ze mną spotkać, to nic, jest trochę zaskoczona, bo nie wie w gruncie rzeczy, z czym do niej przychodzę, a pragnę przecież spowiedzi, przed kim, przede mną, tak przed Panią, to początkowe niezrozumienie było również moim przeznaczeniem, tak, z pewnością Moja Pani zaplanowała wszystko w ten sposób, aby wymusić na mnie szczere wyznanie, widywaliśmy się tyle razy, ale nigdy dotąd nie dochodziło pomiędzy nami do rozmowy, tej ostatecznej rozmowy, która zwieńczyłaby sens mojego istnienia, co tez pan mówi, Pani wie, Pani musi wiedzieć, że żyję tylko wskutek tego, że i Pani żyje, żyję dla Pani, owszem, początkowo o tym nie wiedziałem, nie sądziłem, że mnie może się przydarzyć cos takiego, że mężczyzna  jego Bogini, jakaż z nas dziwaczna para, Pani jest wieczna i nieśmiertelna, ja jestem kończącym życie żebrakiem, tak powiedziałem, tak łatwo wpadam w sentymentalizm, wiem o tym, czego pan oczekuje ode mnie, błogosławieństwa, nie, chciałbym Pani podziękować za to, że istnieje i mogłem Ją czuć, widzieć i kochać, moje życie, uśmiecham się, nie jest istotne, chociaż to Pani mi je dała, czy mnie rozumie,

jak można tak mówić, jeszcze tyle życia przed panem, będę się czuła niepocieszona, jeśli z mojej przyczyny ono zagaśnie, niczego panu nie żal, żal, to prawda, że żal, po prostu przestrzeń w jakiej się znaleźliśmy, należy już tylko do Pani i ustępuję w niej swego miejsca, w tym świecie, który mnie przerósł, nie mogę już żyć dłużej w tak ogromnej zależności od Pani, która jest tak niepokalanym Ideałem, z którym duchowe nawet obcowanie, dostarczające niezapomnianych przyjemnych wrażeń, wzruszeń, jest jednocześnie udręką, to będzie nasza ostatnia podróż, dobrze, proszę tylko o ciche, spokojne i bliższe Pani miejsce w tym moim przyszłym życiu, położyła chłodną swą dłoń na moim rozpalonym czole, spojrzeliśmy na siebie, tak jak nigdy dotąd, konduktor przechodzący właśnie korytarzem, spojrzał w naszą stronę, roześmiałem się, on niczego nie rozumie, wariat wyczytałem z jego oczu, to nic, niech sobie tak myśli, czy człowiek będący u kresu swych dni powinien zwracać uwagę na takie szczegóły, lubię podróżować pociągami do końcowej stacji, proszę mi powiedzieć, co Pani zrobi, kiedy się rozstaniemy, milczy, proszę już nie odpowiadać, ja wiem,. życie przed Panią, a ja jeszcze w tej charonowej  łodzi , chciałbym jeszcze zabrać z sobą kosmyk Pani kasztanowych włosów i patrząc nań, słuchać Gabriela Faure, czy będzie mi dane zabrać z sobą do grobu wszystkie miłe wspomnienia, nie wiem nawet jak to się stało, kiedy nagle konduktor oznajmił, że pozostała jeszcze godzina do końca podróży i wtedy odwróciłem wzrok w prawo, patrząc w czarną taflę szyby, i usłyszałem przeraźliwy krzyk, i tę dziewczynę z obrazu Muncha, i zobaczyłem brukliński most, i na chwilę oderwałem się od tej wizji, spojrzałem na Dziewczyną, i zobaczyłem jak jej postać promieniuje fluorescencyjną poświatą, uzyskałem więc potwierdzenie tego, o czym wiedziałem wcześniej, zobaczyłem dowód jej boskości, nie boję się już niczego, stamtąd napiszę do Pani,

ja nie jestem boginią, pan się myli, a mówiła to właśnie w tedy, kiedy wokół jej głowy promieniała aureola, być może Pani nawet nie wie o tym, że Nią jest, a przecież najważniejsze jest to w jaki sposób ja Panią widzę, zostało już czterdzieści minut życia, proszę się zgodzić ze mną i nie protestować, to już koniec, coraz słabsze tętno, zadyszka jak oddech poprzez związany na twarzy, na ustach szal, stukot kół powolniejszy, Ona przytulona do mnie, czuję jeszcze jej oddech na policzku, ostatkiem sił wyrywam z jej skroni kosmyk kasztanowych włosów, słyszę muzykę, odwracam wzrok, tym razem kierują go w lewą stronę, gdzie za szklanymi drzwiami przedziału oświetlony korytarz i ten rosnący tłum ludzi, patrzących w moją stronę, no już, już coraz ciszej, słyszę kojące słowa Dziewczyny, może to i lepiej dla pana, może lepiej, a teraz kierownik pociągu odsuwa drzwi, koniec podróży, koniec, to już naprawdę koniec,
koła pociągu odmierzyły ostatni takt równy docelowemu uderzeniu serca.
(1992) 

5 listopada 2010

Przed zaśnięciem (1)

Koła pociągu odmierzają cykliczny takt, równy uderzeniom serca, czuje ten rytm, kojący, poprawiający samopoczucie, może dlatego lubię być w podróży, lubię pochłaniać przestrzeń w rytmie walca, tym razem nie może mi wyjść z głowy Faure, stukot kół nie jest w stanie zagłuszyć muzyki, która jest we mnie, równocześnie angielskim, tanecznym krokiem przypływają myśli, krążą, kołaczą się w mojej głowie, pełno sprzeczności, to niesamowite, że istnieje jeszcze jakaś harmonia, że nie jest bezładnym zbiorem pusto brzmiących dźwięków, wciąż czekam na pierwszy przystanek, pierwszą stację, na której wsiądzie moja Bogini i bez reszty zapanuje nade mną, suita Pelléas et Mélisande przybliża mnie do niej, co za melodyka, uspokojenie, wyzwala we mnie jedynie pozytywne uczucia, a już zaczynałem wątpić w ich istnienie, wydawało mi się, że nie potrafię odnaleźć w sobie tej odrobiny ciepła
chciałbym powitać ją jakimś radosnym akordem, tak żałuję, że nie ram w orkiestrze, moją córeczkę oddałbym z chęcią do szkoły baletowej , myślę, że taniec łączy w sobie wszystkie elementy piękna, oczywiście i tym razem nie jestem oryginalny ale stanowczo protestuje przeciwko nazywaniu mnie snobem, jestem raczej przekorny, co nie przeszkadza mi w tradycyjnym podejściu do metod wychowania, dlatego z dumą patrzyłbym na swoją córkę, która każdym ruchem młodzieńczego ciała przywodziłaby mi na myśl tancerki Degasa
lubię czuć się zmęczonym, iżby ciężkie krople słonego potu przygniatałyby mnie do ziemi, to się nazywa mieć rozdwojoną jaźń, chociaż, gdyby tak głębiej się zastanowić, pozorna to przepaść pomiędzy tęsknotą za sztuką a miłością do ciężkiej, fizycznej pracy, dla Ciebie przeznaczam tylko sztukę, widzę Cię upoetycznioną karmicielkę ludzkich istnień, które bez Ciebie nigdy nie odnalazłyby właściwego celu zycia, nawet nie w tym rzecz, że jesteś Boginią, dla mnie jesteś również kobietą i jako kobieta wyznaczasz granice męskiej, samozwańczej dominacji nad światem
powiedziałem konduktorowi, jeżeli zobaczy pan stojącą na peronie Dziewczynę o aksamitnych, kasztanowych włosach, niechże pan Jej powie, że na nią czekam i wskaże drogę do mojego przedziału, wcisnąłem mu do ręki zmięty banknot, a jeżeli pomylę Ją z kimś innym, to niemożliwe, Ona sprawia, że o północy nad wschodnim horyzontem iskrzy słońce, wyda się panu Aniołem i jedno spojrzenie w Jej kierunku wystarczy, aby zabłądzić wzrokiem, odszedł i zdawało mi się, że wpatruje się teraz w bezkształtną przestrzeń za oknem i szuka w sinoczarnej poświacie Towarzyszki mojego życia
spotkanie z Nią miało być spotkaniem ostatnim, podejrzewałem już bliską chwilę rozstania i tak jak każdy człowiek pragnąłem jeszcze ostatniej posługi przed zejściem, boję się tego rozstania i chciałbym przeciągnąć tę podróż w nieskończoność, proszę pana, zwracam się do przemykającego wąskim gardłem korytarza kierownika pociągu, jak długo będziemy jechać do X, trzy godziny czterdzieści pięć minut, zgodnie z rozkładem , a więc pozostały mi niespełna cztery godziny życia, dobre i to
jakie to szczęście, że pociąg nie jest przepełniony i chociaż zarezerwowałem cały przedział, to jednak miło jest pomyśleć, że nikt przeze mnie nie musi stać na korytarzu, z wyjątkiem tych, którzy robią to dla własnej przyjemności, żałuję, że nie zabrałem z sobą taśmy z nagraniem suity Faure’a, tak, bardzo tego żałuję, równie dobrze powinienem był nie zapomnieć o wzięciu z sobą któregoś z koncertów Vivaldiego, taki na przykład sto czterdziesty pierwszy koncert f dur na smyczki i basso continuo i wtem pomyślałem, że lubię też harfę i klawesyn, barokowy klawesyn, ale nic z tego, nie mam nic z sobą prócz nadziei na spotkanie z Tą, która mnie stworzyła i dla której byłbym w stanie ukraść krzyk Muncha, lecz musiałbym sie jeszcze dowiedzieć w jakiej galerii straszy swym nieogarniętym rozumem samobójczym krzykiem, pełnym okrucieństwa i grozy, ciekaw jestem jak Moja Pani zareagowałaby, gdyby ta dziewczyna na moście, to w gruncie rzeczy nie ona, a ja przebrany za niewiastę, szalony i gotów na zbyt wiele (...)

2 listopada 2010

*** Fragment


 (...)
II.
- Zawiozę cię do tego lasku – wskazał wyciągnięta przed siebie ręką – skąd przywieziemy najpiękniejszą choinkę, chcesz?
Dziewczynka spojrzała w stronę horyzontu zwieńczonego niewyraźnym, we mgle skąpanym konturem lasu.
- To bardzo daleko – powiedziała z pewna obawą w głosie – a mama?
- Mama przygotuje nam jedzonko na święta. Nie zimno ci?
- Mama zawsze mnie dobrze ubiera. Dba o mnie. Mówi, że mnie jedną tylko ma.
- Siądź wygodnie i opatul się tym kocem.
Usiadła na sankach. Duże drewniane sanki z metalowym oparciem. Siedlisko założone rozwiniętym kocem. Kiedy dziewczynka usiadła, owinęła sobie nim nogi. Adam poprawił koc w taki sposób, aby nie zwisał z sanek. Pociągnął za sznur. Mocno. Sanie ruszyły.
- A nie wywali mnie pan? – zakrzyknęła.
- Gdzież bym pozwolił na to – odparł już w biegu. Poruszali się śnieżnymi koleinami wiejskiej drogi. Śnieg był roziskrzony w niskim słońcu, skrzypiał, sypki i szybki. Co jakiś czas Adam puszczał pęta sań i pozwalał im mknąć samym. Uskakiwał wtedy w bok, sanie szły dalej, dziewczynka piszczała dla zabawy i oglądała się do tyłu, kiedy sanie stanęły. Jej oczy mówiły „jeszcze, jeszcze raz niech tak pędzę”. Pomimo tego, że zmęczenie dawało się już we znaki, Adam znów stawał się koniem i pędził przed siebie, ciągnąc sanie i w miejscu, gdzie droga schodziła łagodnie w dół, ponownie nadawszy solidnej prędkości saniom, puścił je, lecz pobiegł teraz za nimi, bo droga zbyt gwałtownie skręcała u podnóża zbocza. Ledwie dobiegł do sań przed zakrętem. Spojrzał do tyłu i spostrzegł, że przejechali całkiem dużo drogi.
- A teraz zejdź, musisz się rozgrzać, poruszać.
Dziewczynka posłusznie zeszła z sanek.
- Mogę pana porzucać śnieżkami? – zapytała.
- Śnieg jest sypki. Trudno będzie ulepić kulę. Możesz – odpowiedział.
Szli teraz węższą boczną dróżką w stronę najbardziej oddalonego od zabudowań wiejskich gospodarstwa, niemal przylegającego do lasu. Tam mieli wyciąć dla siebie choinkę. Dziewczynce śnieg sięgał poniżej kolan. Raz po raz schylała się, nabierała w dłonie śniegu, próbowała ulepić kulę i rzucała w stronę Adama. Śnieg rozpierzchał się bezwładnie i ledwie ocierał się o plecy mężczyzny. W pewnej chwili Adam odwrócił się, rzucił wodze sanek schylił się, zaczerpnął śniegu i rzucił go w górę w taki sposób, aby oprószył dziewczynkę. Przystanęła zdumiona i dalejże sięgać zaczęła po śnieg, i on również. Ni z tego, ni z owego doszło do prawdziwej batalii śnieżnej, po której twarze obojga zarumieniły się jak słońce o zachodzie, a nosy wręcz spurpurowiały. Bawiąc się i ganiając za sobą dotarli zmęczeni, mokrzy do gospodarstwa, w którym pachniało już świętami, wędzoną szynką i zamoczonym w mleku makiem. Weszli do domostwa Kulczyckich. Ciepło ziało z kuchni, w której stara Kulczycka i jej synowa uwijały się jak w ukropie gniotąc ciasto, szykując pierogi i sałatki. Mężczyźni zajęci byli oprawianiem zielonego drzewka. Pozdrowili się nawzajem, a stara Kulczycka w mig przyciągnęła do siebie Ewę, spojrzała surowo na Adama i wytrząsała dłonią z włosów resztki zwilgotniałego śniegu.
- Panie Adamie, chce pan, aby dziewczynka zapalenia płuc dostała?
Przewrażliwiona była. Ściągnęła z małej kurtkę, ściągnęła sweter, zaprowadziła do łazienki. Ewa wróciła stamtąd opatulona w duży bawełniany ręcznik. Przysiadła na stołeczku przy kuchni, gdzie jej kazano a kobieta wlała do kubka mleko, do niego zaś pełną stołową łyżkę miodu.
- Pij teraz, skoro ojciec cię na pastwę śniegu i mrozu wydał.
Zastanowiła się, bo nieopatrznie nazwała Adama ojcem dziewczynki, choć musiała wiedzieć, że najbliższy, choć daleki sąsiad dziecka nie ma. Ale kto go tam wie, pomyślała. Czy chłop zawsze zna swoje dzieciaki po świecie rozrzucone? Coś w tym być musi, że z tą małą chodzi jak z córką po zaspach, a taki wesoły, szczęśliwy, jakby o swoim, narodzonym, choć nieznanym dotąd się dowiedział.
Adam przeszedł do mężczyzn, do pokoju, gdzie choinkę stawiano.
- A tobie Ewa na imię? – zapytała starsza kobieta.
- Ewa.
- A mówił pan Adam, mówił, że na święta przyjedziesz z matką. A cieszył się. Znam go krótko wprawdzie, lecz zawsze wiem po oczach, kiedy się raduje. I z tej radości dałby cię wziąć chorobie. Ech, te chłopy.
- Ale mnie nic nie jest. Bawiliśmy się tylko.
- Cała mokra byłaś. Mama by się na pana Adama pogniewała.
- Nie jestem taka delikatna. Jestem już duża.
- Duża nie duża, dbać o siebie musi. Nie wie, że kurzawka będzie?
Synowa wyrabiała drożdżowe ciasto sprawnymi ruchami mięsistych dłoni. Nie mówiła nic, tylko zerkała na małą śmiejącymi się oczami.
- Co to kurzawka? – zapytała mała.
- Duża jest a nie wie, że śnieżyca się szykuje. Wiem to dobrze, bo z kościach mnie łupie.
- Aha – westchnęła Ewa.
- A tatuś to niech raz dwa trzy idzie po to drzewko, bo wracać wam do domu trzeba i przed zamiecią zdążyć.
Wyszła szybko z kuchni i tę samą informację przekazała Adamowi. Pobyła jeszcze chwilę w pokoju i widać, że poskutkowało, bo Adam wsunął na grzbiet kurtkę i wyszli obaj z młodym Kulczyckim do szkółki. Wróciła do kuchni.
- Rosołku przygrzeję. Zje?
- Nie jestem głodna – Ewa próbowała się wymigać od jedzenia, lecz Kulczykowa nie ustępowała.
- Niech mi tu nie grymasi i fochów nie czyni. Siły trzeba mieć. Ot i co.
Sięgnęła z kredensu talerz nałożyła domowego makaronu, zalała bulionem z postawionego na kuchni garnka, podała łyżkę. Ewa przeniosła się z krzesłem na drugi skraj stołu, na którym ćwiczyła mięśnie synowa Kulczyckiej. Teraz ona odezwała się do dziewczynki zachęcając ją do jedzenia, że „takiego rosołku jak u nas, to i próżno po domach szukać”.
Ewa powoli przesuwała łyżką po talerzu, dzieliła makaron, nabierała treści zupy i przytykała łyżkę do ust. Widać było, że dziewczynce smakuje. Wolno, bo wolno, lecz rosół znikał z talerze ku ogólnemu zadowoleniu kobiet zajętych kuchenną pracą.
- Dlaczego pani na wujka Adama mówi, że to mój tata? – odezwała się raptem dziewczynka, nie dokończywszy jeszcze jedzenia.
Kulczycka przerwała krojenie w kostkę ugotowanej marchwi, przeniosła wzrok na dziewczynkę.
- A to ci brzdącu powiem tyle, że kiedy przez okno patrzyłam, jak żeście tam na śniegu figlowali, to jedna tylko myśl do mnie przyszła – toć ubabrani w tym śniegu jak ojciec z córką wyglądacie. To prawda, kochanieńka, jak ojciec z córką.
- A ojciec mój, ten, wie pani, prawdziwy, to kiedyś wyjechał gdzieś w bardzo ważnych sprawach...
- Może tam i wyjechał i miał w tym jaki interes ale ja panienko swoje wiem. Pan Adam cię lubi. Bardzo lubi.
- Pan Adam jest bardzo miły, dobry dla mnie, a ja nawet nie wiem dlaczego.
- A czy to trzeba mieć jakiś powód, aby taką panienkę lubić. Ot, lubi się i tyle. A jak to opowiadał o panience, zanim tu przyjechała z matką.
- Cieszył się, że przyjedziemy?
- I to jak. Bo chłopu samemu nijako w domu bez baby. A co ja ci będę mówiła, nie zrozumiesz.
Ewa obruszyła się. Tęgą i ambitną minę wniosła na swą twarz i nieoczekiwanie poważnie odcięła się Kulczykowej.
- A właśnie, że wiem jak to jest. Wiem, bo skoro moja mama tęskni za mężczyzną, to i mężczyzna może.
- Takaś sprytna, co ty nie powiesz.
- Bo pani mnie za małą dziewczynkę bierze, a ja już w trzeciej klasie jestem i dużo rozumiem.
- Może ty i rozumiesz, brzdącu. Wygadana jesteś, to pewne. Ale czy ty dorosłych rozumiesz, to już tego taka pewna nie jestem.
- Bo dorośli to sobie tylko komplikują życie.
- Ot, powiedziała. I ma rację. No dokończ serdeńko rosołek. W głowach się ludziom przewraca dzisiaj. Pracują, pracują, wywracają ślepiami za Bóg wie tam czym, a o najważniejszych sprawach zapominają.
- A co jest najważniejsze?
- A dom, rodzina i te małe stworzonka takie jak ty, skarbeńko. Reszta się nie liczy, albo mniej znaczy.
- Ale czasami to takie trudne. Przecież moja mama się stara. Nie zawsze ma dla mnie czas, lecz ja to rozumiem.
- Bo widzisz, serdeńko, ty to już przez to, że twój tata wyjechał Bóg wie gdzie, dorastasz szybciej niż inne dzieci. Ale tak być nie powinno.
- A jak ma być?
- Powinnaś być jak najdłużej dzieckiem, ile się tylko da. A twoja mama powinna załatwić ci tatę na stałe, bo chłop ważny jest nie tylko dla baby ale i dla dziecka, pojmujesz?   
- Co mam nie rozumieć. A taki ktoś jak Adam byłby dobrym tatą?
- Mnie pytasz? To ty musisz to wiedzieć, brzdącu.
- Bo mnie to by pasował.
- Pięknie. A co na to twoja mama?
- Nie wiem, ale się zapytam. Myślę, że się lubią.
- I ja tak myślę. No zjedz do końca, to się tata ucieszy.
Przymknęła nagle usta. Znów nazwała Adama tatą, ale tym razem Ewa skwitowała to uśmiechem. Dokończyła zupę. W kuchni było ciepło. Synowa Kulczyckiej wyrobiła już ciasto i okryła miskę czystym ręcznikiem.
- A teraz uciszmy się – pierwszy raz odezwała się młodsza z kobiet – drożdżowe ciasto potrzebuje ciszy. Chodź do pokoju.  Zobaczysz jaką mamy choinkę.
(...)

7 października 2010

Dolina Ud

Zasypiam w dolinie Ud
zwilżonych nocną narastającą mgłą
dającą schronienie ciepłu
podziemnych gejzerów
pulsujących banieczkami
życiodajnych oddechów.

Budzę się przemierzając w bród
wąską smużkę strumienia
nabierając ustami źródlanej karmy.

Wspinam się
po łagodnych stokach
pozostawiając na powierzchni
gorące tropy warg.

Podążam ku słońcu
odbijającym się w źrenicach
upuszczonych przez naturę stawach
coraz głębszych o poranku.

15 września 2010

Przestrzeń


Chwalę przestrzeń
zdumiewa mnie palec boży
i jeśli nawet nie jest to boski palec
przestrzeń jest argumentem na „tak”
lecz kiedy istnieję w przestrzeni
i zaczynam myśleć o sobie i o niej
moja myśl jest niewielka
nie może być inaczej
skoro wyznaczono mi tymczasowe miejsce pobytu
pośród nieskończonej ilości podobnych i różnych ode mnie i od mojego.

Przestrzeń wymaga pokory
nawet śmierć nie jest tak wymagająca
urządzam się
zawłaszczam dla siebie fragment znacznie większej całości
każda istota rozumniejsza ode mnie
i ta którą niesłusznie utożsamiamy z bezrozumem
urządza się podług własnej woli
przestrzeni dla każdego wystarczy.

Po czym poznać


Po czym poznać wiersz
może po tym, że powstaje w pewnej oddali
od codzienności życia słów
nawet jeśli opisuje rzeczywistość,
to jest to rzeczywistość z innego świata

Po czym poznać poetę
może po tym jak bardzo niewyraźna jest jego postać
zagubiona w rozumieniu słów będących w powszechnym użyciu
nawet jeśli dzięki tym słowom istnieje komunikacja
to nie można się porozumieć z poetą z innego świata.

 

19 maja 2010

1.

Okno na świat. Otwieram je szeroko, wpuszczając oddech wiosennego powietrza. Kasztany tu i tam, wokół prostokątnego pola boiska do gry w piłkę nożną. Po lewej stronie, po ukosie bryła magazynu. Stara cegła. Niezniszczona. Stuletnia.
„Zimno. Zamknij okno. Chcę jeszcze spać. Czemu ty wstajesz tak wcześnie?”
A czy ty wiesz, jaki to dzisiaj dzień? W końcu przecież nam się udało. Dzisiaj sobota. Jesteśmy kompletnie spłukani i warto uczcić ten fakt. Czy sądzisz, że o piątej nad ranem można sobie pozwolić na szklaneczkę brendy?
„Rób,  co chcesz. Ja chcę spać. Dzieciaka obudzisz,”
Dobrze, zamknę te okno, ale wejdę na taras, myślę sobie. Wcześniej wlewam do trzech czwartych zawartości szklanki bursztynowego płynu i wychodzę na taras. Zaglądam jeszcze przez okno, przybliżam się do wypolerowanej do granic przyzwoitości tafli szyby. Ona śpi, skulona, z naciągniętą na głowę błękitną kołdrą, spod której wystają słownie dwa palce prawej nogi.
Twoje zdrowie piję. Wychylam szklankę do połowy. Siadam na plastykowym fotelu           i patrzę się teraz na soczystą zieleń skoszonej przed tygodniem trawy. To było jedno      z najrówniejszych boisk w regionie i gra w piłkę tutaj była przyjemnością. Teraz jest ono moje, słyszysz, krzyczę szeptem do niej, która powróciła do snu, bo sen dopada ją szybko, kiedy jest zmęczona. Jest zmęczona. A ja dopijając brendy, myślę już o kolejnym drinku. Lubię taki niespodziewany odpływ sił, takie rozluźnienie i jednocześnie wzrastający ciężar ciała, które układa się do odpoczynku w zupełnie dowolnej pozycji, niż wtedy, gdyby ważyło mniej, normalnie. Myślenie o tym, że zakup budynku dawnej klubokawiarni z częścią parku i tym sportowym boiskiem zrujnowało mnie kompletnie, nie sprawia mi teraz bólu. Przyjmuję ten fakt do wiadomości i nie troszczę się o to, że pożyczone na ten zakup pieniądze trzeba będzie oddać. Wstaję z fotela i przechadzam się po tarasie. Ma chyba z osiem metrów długości i obejmuje również pokój dzieciaka. Ładny dzieciak, myślę sobie, dwunastoletnia dziewczynka, śpi sobie w swoim pokoiku, wyodrębnionym z większego pomieszczenia dawnej kawiarni. Stamtąd też można wychodzić na taras. Zresztą taras pomyślany był po to, aby bywalcy kawiarni mogli oglądać mecze z perspektywy wysokości bramki, no, nieco powyżej. Zaglądam przez okno. Córka również śpi. Kiedy wypiję, zawsze mi się marzy o rozmowie z nią. Kiedyś przecież powinna się dowiedzieć, jak to się zaczęło, jak to się stało, że spotkałem jej matkę. Do diabła, muszę jej to opowiedzieć, a teraz jest właściwy czas na to, aby się do takiej rozmowy przygotować, a do tego trzeba jeszcze szklaneczki brendy. Wracam więc do pokoju, nalewam sobie szklaneczkę i biorę z sobą koc, którym okrywam się przed kolejnym wyjściem na taras.

8 kwietnia 2010

Andante

krok mój za twoim bieży
odciskiem stopy na łące
kwitnącej słoneczkami stokrotek
ukryta przed wzrokiem
za wierzby kosmatym włosiem
lecz nie przed uchem
przesuwając smyczek po strunie
barwisz łąkę muzyką
majestatycznie
otępiały
kieruję się ku dźwiękom
dostosowując tempo kroku
do rytmicznych przesunięć
twojego smyczka
po moim sercu..

(2010)



 

Miniatura zimowa


W sennym powiewie wiatru ziścił się śnieg
białą smużką zasnuł szarą zieleń traw
na trójpalczastych gałęziach brzozy legł
przy wtórze dziecięcych zachwytów i braw

I oddech ciszy poczułem tajemnej
I wiatru smaganie po zimnej twarzy
Otwarte dłonie za chwilę napełnię
Kruszyną płatków jaka się nadarzy

2010

6 lutego 2010

O nieznajomej z tramwaju

Ja i ty sami, on jeden,
i jeden gwar na ulicy
przystanków, być może, siedem
czerwone światło przecznicy.

Na tylni pomost wskoczyłaś,
ty, ja cię nazwać nie mogę,
i w bladą szybę patrzyłaś
a tramwaj połykał drogę.

Nie wiem, czy kula w twej dłoni
piekła goręcej od słońca ...
i smutek miałaś na skroni
i smutek milczał z gorąca

A dzielną byłaś, niewiasto,
pragnęłaś, bym nie zobaczył
jak patrząc w żyjące miasto,
twego nieszczęścia nie raczył

ujrzeć. Kulejesz, widzę
jak dzielna być potrzebujesz ...
a dzisiaj się tego wstydzę,
nie powidziałem słowa ... żałuję.

(1978) 

W tym upalnym czwerwcowym dniu

Przeciskał się płonący promień
przez nasze uliczki
pod naszym domem
ptak z trudem oddychał
płakała jaskółka znajoma
ktoś rankiem strzelił z procy
smuci się bo nie wie
gdzie jej dziecko
nie zagrzebie malca w ziemi.

Przechodziłem obok naszego domu
w tym upalnym czerwcowym dniu 
spotkaliśmy się tam 
gdzie jezdnia wyznaczyła granicę
nad moją głową płakała jaskółka
w tym upalnym czerwcowym dniu
nie mogłem podejść blisko ciebie
jaskółka prosiła mnie
abym odnalazł jej dziecko

(1978) 

Dziewczynka z gazetami

Przecież wiesz jak wygląda róg ulicy
jak za miejską mgłą murów gzymsy
ocierają się o ludzkie twarze
przyjacielu pamiętasz ten ranek
jeszcze słońce poniżej dachów
a ona już stała
głowę podniósłwszy
jej oczy płynęły
po niezaludnionych uliczkach
jeszcze nie zdążyła poprawić włosów
jeszcze nie zamieniła się w radość
pustka
nikt nie przechodzi
nikogo nie interesują nowe ze świata wiadomości
ona stała do wieczora z poranną prasą
w błyskotliwym poblasku wystawowego lustra
zamajaczyła jej oblepiona piegami twarz
pamiętasz przyjacielu
jak stała tam następnego dnia
i tylko sterta gazet rosła ... rosła 

(1978) 

4 lutego 2010

Widziałem ...

 
Bażanty takie spragnione pokramu
po źdźbłach wystającej spod śniegu traw
biegły trzepocąc skrzydłami
widziałem
 
Pies słonecznym uśmiechem oczu
obdarowywał przechodzniów
a taki kościsty żalu łaknący
widziałem
 
Człowiek w tłumie
jak w sieci pajęczej zagubiona mucha
a nikt nie spojrzał nie pocieszył w smutku
widziałem
 
Widziałem wiele
przelotem 
jak w pędzącym pociągu
a świat umykał
przed wzrokiem
a taki był cichy tej nocy
i ja też
zostawiłem go bez pomocy
 
(1979) 
 

Słony wiersz

Próżno naczynie nadstawione
by kilka wpadło w nie korali
ten przepych mnie przygnębia
co tobie po moich łzach
niepokoję się na wieść 
że potrzebujesz łez
do zaprasowania pościeli
z innym mężczyzną
zawiodę cię
to słone łzy
sól w łóżku gryzie szczurem
sól w łóżku żarłoczna szarańcza
i w gardle bół
lodowate milczenie moje
pod poduszką twoich włosów
smakować będzie słonym żalem
 
(1979) 

3 lutego 2010

Fraszka

Ja już nie wiem nic o tobie
fraszkę na pożarcie rzucam
pod nogi
roześmiejesz się za krótka chwilę
podrzesz kartkę
w ogień rzucisz
fraszka – moje serce

tyle rzeczy w świecie fraszką
my
fraszęta pisklęta
jagnięcia cielęta
zgrzytem jesteśmy drzwi
za którymi nic i nic
wszędzie nas pełen tłum
razem wspólnie społem
a wszystko – fraszka

w miłości jak święty turecki jesteśmy

gdyby nie tam miłość
byłbym fraszką

(1979)

Jak wyglądam ...

Jak wyglądam o świcie
nie wiesz?
jak porą wieczorną rękoma kołysze
wiatr południowy
tak samo
bez wyrazu

osikowym drżeniem budzą się mięśnie
chłód ramiona przekręca jak węże
jeszcze za plecami noc zimna
jeszcze mgła nie opadła
jeszcze słońce niżej skowronka
nikt mojej twarzy nie głaszcze
dygocę zmrożony wiatrem

nocą padło sto pytań bez odpowiedzi
ranek zabrał mi pamięć
wchodzę w lustro
przywitać się
z tym podle przykurczonym ciałem
teraz wiesz jaki jestem?


(1979)