19 maja 2010
1.
Okno na świat. Otwieram je szeroko, wpuszczając oddech wiosennego powietrza. Kasztany tu i tam, wokół prostokątnego pola boiska do gry w piłkę nożną. Po lewej stronie, po ukosie bryła magazynu. Stara cegła. Niezniszczona. Stuletnia.
„Zimno. Zamknij okno. Chcę jeszcze spać. Czemu ty wstajesz tak wcześnie?”
A czy ty wiesz, jaki to dzisiaj dzień? W końcu przecież nam się udało. Dzisiaj sobota. Jesteśmy kompletnie spłukani i warto uczcić ten fakt. Czy sądzisz, że o piątej nad ranem można sobie pozwolić na szklaneczkę brendy?
„Rób, co chcesz. Ja chcę spać. Dzieciaka obudzisz,”
Dobrze, zamknę te okno, ale wejdę na taras, myślę sobie. Wcześniej wlewam do trzech czwartych zawartości szklanki bursztynowego płynu i wychodzę na taras. Zaglądam jeszcze przez okno, przybliżam się do wypolerowanej do granic przyzwoitości tafli szyby. Ona śpi, skulona, z naciągniętą na głowę błękitną kołdrą, spod której wystają słownie dwa palce prawej nogi.
Twoje zdrowie piję. Wychylam szklankę do połowy. Siadam na plastykowym fotelu i patrzę się teraz na soczystą zieleń skoszonej przed tygodniem trawy. To było jedno z najrówniejszych boisk w regionie i gra w piłkę tutaj była przyjemnością. Teraz jest ono moje, słyszysz, krzyczę szeptem do niej, która powróciła do snu, bo sen dopada ją szybko, kiedy jest zmęczona. Jest zmęczona. A ja dopijając brendy, myślę już o kolejnym drinku. Lubię taki niespodziewany odpływ sił, takie rozluźnienie i jednocześnie wzrastający ciężar ciała, które układa się do odpoczynku w zupełnie dowolnej pozycji, niż wtedy, gdyby ważyło mniej, normalnie. Myślenie o tym, że zakup budynku dawnej klubokawiarni z częścią parku i tym sportowym boiskiem zrujnowało mnie kompletnie, nie sprawia mi teraz bólu. Przyjmuję ten fakt do wiadomości i nie troszczę się o to, że pożyczone na ten zakup pieniądze trzeba będzie oddać. Wstaję z fotela i przechadzam się po tarasie. Ma chyba z osiem metrów długości i obejmuje również pokój dzieciaka. Ładny dzieciak, myślę sobie, dwunastoletnia dziewczynka, śpi sobie w swoim pokoiku, wyodrębnionym z większego pomieszczenia dawnej kawiarni. Stamtąd też można wychodzić na taras. Zresztą taras pomyślany był po to, aby bywalcy kawiarni mogli oglądać mecze z perspektywy wysokości bramki, no, nieco powyżej. Zaglądam przez okno. Córka również śpi. Kiedy wypiję, zawsze mi się marzy o rozmowie z nią. Kiedyś przecież powinna się dowiedzieć, jak to się zaczęło, jak to się stało, że spotkałem jej matkę. Do diabła, muszę jej to opowiedzieć, a teraz jest właściwy czas na to, aby się do takiej rozmowy przygotować, a do tego trzeba jeszcze szklaneczki brendy. Wracam więc do pokoju, nalewam sobie szklaneczkę i biorę z sobą koc, którym okrywam się przed kolejnym wyjściem na taras.
8 kwietnia 2010
Andante
krok mój za twoim bieży
odciskiem stopy na łące
kwitnącej słoneczkami stokrotek
ukryta przed wzrokiem
za wierzby kosmatym włosiem
lecz nie przed uchem
przesuwając smyczek po strunie
barwisz łąkę muzyką
majestatycznie
otępiały
kieruję się ku dźwiękom
dostosowując tempo kroku
do rytmicznych przesunięć
twojego smyczka
po moim sercu..(2010)
Miniatura zimowa
W sennym powiewie wiatru ziścił się śnieg
białą smużką zasnuł szarą zieleń traw
na trójpalczastych gałęziach brzozy legł
przy wtórze dziecięcych zachwytów i braw
I oddech ciszy poczułem tajemnej
I wiatru smaganie po zimnej twarzy
Otwarte dłonie za chwilę napełnię
Kruszyną płatków jaka się nadarzy
2010
2010
6 lutego 2010
O nieznajomej z tramwaju
Ja i ty sami, on jeden,
i jeden gwar na ulicy
przystanków, być może, siedem
czerwone światło przecznicy.
Na tylni pomost wskoczyłaś,
ty, ja cię nazwać nie mogę,
i w bladą szybę patrzyłaś
a tramwaj połykał drogę.
Nie wiem, czy kula w twej dłoni
piekła goręcej od słońca ...
i smutek miałaś na skroni
i smutek milczał z gorąca
A dzielną byłaś, niewiasto,
pragnęłaś, bym nie zobaczył
jak patrząc w żyjące miasto,
twego nieszczęścia nie raczył
ujrzeć. Kulejesz, widzę
jak dzielna być potrzebujesz ...
a dzisiaj się tego wstydzę,
nie powidziałem słowa ... żałuję.
(1978)
i jeden gwar na ulicy
przystanków, być może, siedem
czerwone światło przecznicy.
Na tylni pomost wskoczyłaś,
ty, ja cię nazwać nie mogę,
i w bladą szybę patrzyłaś
a tramwaj połykał drogę.
Nie wiem, czy kula w twej dłoni
piekła goręcej od słońca ...
i smutek miałaś na skroni
i smutek milczał z gorąca
A dzielną byłaś, niewiasto,
pragnęłaś, bym nie zobaczył
jak patrząc w żyjące miasto,
twego nieszczęścia nie raczył
ujrzeć. Kulejesz, widzę
jak dzielna być potrzebujesz ...
a dzisiaj się tego wstydzę,
nie powidziałem słowa ... żałuję.
(1978)
W tym upalnym czwerwcowym dniu
Przeciskał się płonący promień
przez nasze uliczki
pod naszym domem
ptak z trudem oddychał
płakała jaskółka znajoma
ktoś rankiem strzelił z procy
smuci się bo nie wie
gdzie jej dziecko
nie zagrzebie malca w ziemi.
Przechodziłem obok naszego domu
w tym upalnym czerwcowym dniu
spotkaliśmy się tam
gdzie jezdnia wyznaczyła granicę
nad moją głową płakała jaskółka
w tym upalnym czerwcowym dniu
nie mogłem podejść blisko ciebie
jaskółka prosiła mnie
abym odnalazł jej dziecko
(1978)
Dziewczynka z gazetami
Przecież wiesz jak wygląda róg ulicy
jak za miejską mgłą murów gzymsy
ocierają się o ludzkie twarze
przyjacielu pamiętasz ten ranek
jeszcze słońce poniżej dachów
a ona już stała
głowę podniósłwszy
jej oczy płynęły
po niezaludnionych uliczkach
jeszcze nie zdążyła poprawić włosów
jeszcze nie zamieniła się w radość
pustka
nikt nie przechodzi
nikogo nie interesują nowe ze świata wiadomości
ona stała do wieczora z poranną prasą
w błyskotliwym poblasku wystawowego lustra
zamajaczyła jej oblepiona piegami twarz
pamiętasz przyjacielu
jak stała tam następnego dnia
i tylko sterta gazet rosła ... rosła
(1978)
jak za miejską mgłą murów gzymsy
ocierają się o ludzkie twarze
przyjacielu pamiętasz ten ranek
jeszcze słońce poniżej dachów
a ona już stała
głowę podniósłwszy
jej oczy płynęły
po niezaludnionych uliczkach
jeszcze nie zdążyła poprawić włosów
jeszcze nie zamieniła się w radość
pustka
nikt nie przechodzi
nikogo nie interesują nowe ze świata wiadomości
ona stała do wieczora z poranną prasą
w błyskotliwym poblasku wystawowego lustra
zamajaczyła jej oblepiona piegami twarz
pamiętasz przyjacielu
jak stała tam następnego dnia
i tylko sterta gazet rosła ... rosła
(1978)
4 lutego 2010
Widziałem ...
Bażanty takie spragnione pokramu
po źdźbłach wystającej spod śniegu traw
biegły trzepocąc skrzydłami
widziałem
Pies słonecznym uśmiechem oczu
obdarowywał przechodzniów
a taki kościsty żalu łaknący
widziałem
Człowiek w tłumie
jak w sieci pajęczej zagubiona mucha
a nikt nie spojrzał nie pocieszył w smutku
widziałem
Widziałem wiele
przelotem
jak w pędzącym pociągu
a świat umykał
przed wzrokiem
a taki był cichy tej nocy
i ja też
zostawiłem go bez pomocy
(1979)
Słony wiersz
Próżno naczynie nadstawione
by kilka wpadło w nie korali
ten przepych mnie przygnębia
co tobie po moich łzach
niepokoję się na wieść
że potrzebujesz łez
do zaprasowania pościeli
z innym mężczyzną
zawiodę cię
to słone łzy
sól w łóżku gryzie szczurem
sól w łóżku żarłoczna szarańcza
i w gardle bół
lodowate milczenie moje
pod poduszką twoich włosów
smakować będzie słonym żalem
(1979)
3 lutego 2010
Fraszka
Ja już nie wiem nic o tobie
fraszkę na pożarcie rzucam
pod nogi
roześmiejesz się za krótka chwilę
podrzesz kartkę
w ogień rzucisz
fraszka – moje serce
tyle rzeczy w świecie fraszką
my
fraszęta pisklęta
jagnięcia cielęta
zgrzytem jesteśmy drzwi
za którymi nic i nic
wszędzie nas pełen tłum
razem wspólnie społem
a wszystko – fraszka
w miłości jak święty turecki jesteśmy
gdyby nie tam miłość
byłbym fraszką
(1979)
fraszkę na pożarcie rzucam
pod nogi
roześmiejesz się za krótka chwilę
podrzesz kartkę
w ogień rzucisz
fraszka – moje serce
tyle rzeczy w świecie fraszką
my
fraszęta pisklęta
jagnięcia cielęta
zgrzytem jesteśmy drzwi
za którymi nic i nic
wszędzie nas pełen tłum
razem wspólnie społem
a wszystko – fraszka
w miłości jak święty turecki jesteśmy
gdyby nie tam miłość
byłbym fraszką
(1979)
Jak wyglądam ...
Jak wyglądam o świcie
nie wiesz?
jak porą wieczorną rękoma kołysze
wiatr południowy
tak samo
bez wyrazu
osikowym drżeniem budzą się mięśnie
chłód ramiona przekręca jak węże
jeszcze za plecami noc zimna
jeszcze mgła nie opadła
jeszcze słońce niżej skowronka
nikt mojej twarzy nie głaszcze
dygocę zmrożony wiatrem
nocą padło sto pytań bez odpowiedzi
ranek zabrał mi pamięć
wchodzę w lustro
przywitać się
z tym podle przykurczonym ciałem
teraz wiesz jaki jestem?
(1979)
nie wiesz?
jak porą wieczorną rękoma kołysze
wiatr południowy
tak samo
bez wyrazu
osikowym drżeniem budzą się mięśnie
chłód ramiona przekręca jak węże
jeszcze za plecami noc zimna
jeszcze mgła nie opadła
jeszcze słońce niżej skowronka
nikt mojej twarzy nie głaszcze
dygocę zmrożony wiatrem
nocą padło sto pytań bez odpowiedzi
ranek zabrał mi pamięć
wchodzę w lustro
przywitać się
z tym podle przykurczonym ciałem
teraz wiesz jaki jestem?
(1979)
Kaczeńcowe pola
Wspominałaś
kaczeńcowe pola
i okna bez firanek
i w jednym stawiałaś rzędzie
zdjęłaś szlafrok
urwał się guzik
pięknem ciała trzymałaś mnie w szachu
okna bez firanek
ironia losu
byłaś milcząca nawet wtedy
gdy całowałem
tylko pola kaczeńcowe nie ustały
tam mam cię zabrać
dobrze że w końcu zrozumiałem
że kochać mnie nie potrafisz
kaczeńcowe pola
miłość wróżyły
miłość do siebie samych.
(1979)
kaczeńcowe pola
i okna bez firanek
i w jednym stawiałaś rzędzie
zdjęłaś szlafrok
urwał się guzik
pięknem ciała trzymałaś mnie w szachu
okna bez firanek
ironia losu
byłaś milcząca nawet wtedy
gdy całowałem
tylko pola kaczeńcowe nie ustały
tam mam cię zabrać
dobrze że w końcu zrozumiałem
że kochać mnie nie potrafisz
kaczeńcowe pola
miłość wróżyły
miłość do siebie samych.
(1979)
Zmierz ...
Zmierz okiem zapłakanym pokoje
przestań płakać
wielka fala oceanu
nie dotrze tutaj
gwałt wybuchów
nie zakłóci płomienia świec
połóż głowę jak najwygodniej
nie umieraj
rozpacz nad miastem
nie zabierze mi twojej twarzy
mylisz się jeśli myślisz
że nic mnie nie obchodzisz
otwórz wreszcie oczy
te pokoje które widzisz
są marzeniem mojej pracy
są tak wielkie jak stepowe przestrzenie
których tak się boisz
a one nie czynią zła
są wiosenne
miłośnie kochają
włosy rozrzucone po ścianach
(1979)
przestań płakać
wielka fala oceanu
nie dotrze tutaj
gwałt wybuchów
nie zakłóci płomienia świec
połóż głowę jak najwygodniej
nie umieraj
rozpacz nad miastem
nie zabierze mi twojej twarzy
mylisz się jeśli myślisz
że nic mnie nie obchodzisz
otwórz wreszcie oczy
te pokoje które widzisz
są marzeniem mojej pracy
są tak wielkie jak stepowe przestrzenie
których tak się boisz
a one nie czynią zła
są wiosenne
miłośnie kochają
włosy rozrzucone po ścianach
(1979)
Twój duch
Zobaczyłem
jak można inaczej
nazwać zjawę w dzień powszedni
duch twojego ciała
uciekał przede mną
kiedy dzień ustępował nocy
ulicami sunął pochód ludzi
pochód znajomych zjaw
biegłem
zabłądziłem
wycierałem uliczny asfalt
uciekł twój duch
najczystszy
twojego wzrostu
o twoich włosach
wróciłem tramwajem
do przerwanego listu
(1979)
jak można inaczej
nazwać zjawę w dzień powszedni
duch twojego ciała
uciekał przede mną
kiedy dzień ustępował nocy
ulicami sunął pochód ludzi
pochód znajomych zjaw
biegłem
zabłądziłem
wycierałem uliczny asfalt
uciekł twój duch
najczystszy
twojego wzrostu
o twoich włosach
wróciłem tramwajem
do przerwanego listu
(1979)
27 stycznia 2010
Spotkałem nędzarza ...
Spotkałem nędzarza
droga wyboista wóz zatrzymał
batem nie trzaska
koń piany nie puszcza
z pyska
Spotkałem nędzarza
nie chce już jechać dalej
koń zgubił podkowę
stalową
on szczęście
Spotkałem nędzarza
sprzedał konia
nie starczyło na buty i chleb
przechodzący inteligent
nie spojrzał nawet
Odjechał nędzarz
w dal ogromnie niepojętą
na kołach własnych nóg
niesie mocne buty i kęs chleba w ustach żuje
szczęśliwy człowiek
(1979)
26 stycznia 2010
Pożar w sercu
Pożar - jak dzieci przed ogniem uchronić
dom dziecka - malutki domek
lub sierociniec - barak stary
tutaj w sieciach pawiookich
biorą
b i o r ą
b i o r ą c a ł ą m o c ą
wiosennych uśmiechów
chwytają ręce przechodniów
ręce chcą wyrwać - zabrać
pełne dzieci kolorowe domki
domki przyszłości - szklane
wewnątrz piętrzą się łóżka
oddzielne - wspólne pokoje
a myśli
(czy małe dziecko myśli?)
myśli inne
stęsknione
jak zabrać do siebie
gdy wewnątrz siebie pustka
gdy ciało wypróżnione z serca?
Obywatelu dziecko małe
zbuntuj swym głosem cały dom
niech się o tobie dowie świat
twój świerszczyk i płomyczek
Obywatelu dziecko małe
niechciane matki wytnij w pień
goryczą kochaj krwaw
a potem odleć jak anieli.
(1979)
Skrzydlata eros nad miastem
Coś gna coś gna
nie wiedzieć czemu
gdzieś tam lgnie
miasto żyjące
nad nim mgłą
nad miastem eros
skrzydlata ćma
Ćma do ćmy leci
sieje ploteczki
obnaża ciało
(dziś panią nagą
widziałem całą
czyż nie?)
Do ćmy ćmy dzieci
czemu wyglądasz
nocą przez okno
a cała naga
piersi ci mokną
potem gorąca
czemu północną porą
nie jesteś śpiąca.
Skrzydlata eros
nad miastem
wokół latarni
co noc
tłumy play-bogów
do niej się garnie
nikt nie potrafi
wygnać jej z miasta
każdy z nią sypiał
sypiał
i basta.
(1979)
Refleksja
Będąc na tamtej półkuli
marzyłem o śnie wygodnym
o szklance herbaty
otwartym oknie za którym
radość ulicy
Teraz nie wiem
może przesadziłem z marzeniami
może ich zbyt mało
niepokoję się o poranek
w noc niewygodną
(1984)
Z ciebie
Z twoich oczu do mnie przenika
kasztanowa toń blasków
z twoich włosów wyrywam
pióropusz złotosłonecznych promyków
z twarzy twojej wyłuskuję
oliwny fluid policzków
z ust rozchylonych poświęcam sobie
modlitwę zorzy jaskrawych poranków
z rąk wyczytuję
delikatne ciepło uścisków
z szyi tak długiej i gładkiej buduję
smukły pomost do niebios
z piersi twojej czerpię
kokosowy płyn życiodajnej miłości
A kiedy już wszystko
już wszystko zagarnę
spłacać będę pieśnią i milczeniem
milczenie też mam z ciebie
(1984)
25 stycznia 2010
Oaza poszukiwań
Studzienna woda obmywa ręce
czoło nią zroszone
uspokaja zmarszczki długiej wędrówki
Podana dłoń zwalnia tętno zmęczonej krwi
ściskając przegub przyciąga do siebie
wystudzone ciało
W cieniu owocowych drzew
gdzie ławka okryta zieloną winoroślą
najlepiej wypocząć
Najprzyjemniej zapagnąć tego
aby wiatr południowy
zechciał łaskotać nozdrza i kędzierzawić włosy
Nie można odejść nie przekonawszy się o tym
że oaza poszukiwań
pobłogosławiła naszą drogę do wnętrza pustyni.
(1984)
czoło nią zroszone
uspokaja zmarszczki długiej wędrówki
Podana dłoń zwalnia tętno zmęczonej krwi
ściskając przegub przyciąga do siebie
wystudzone ciało
W cieniu owocowych drzew
gdzie ławka okryta zieloną winoroślą
najlepiej wypocząć
Najprzyjemniej zapagnąć tego
aby wiatr południowy
zechciał łaskotać nozdrza i kędzierzawić włosy
Nie można odejść nie przekonawszy się o tym
że oaza poszukiwań
pobłogosławiła naszą drogę do wnętrza pustyni.
(1984)
Kryształ
Kobieta często myśli o sobie: - Mnie już więcej nic nie potrzeba oprócz tej jedynej spokojnej śmierci. Nie znoszę bólu. Nie wiem, czy byłabym w stanie znieść jakikolwiek rodzaj bólu. Ale śmierci nie boję się. Ona musi kiedyś nadejść, choć wolałabym, aby przyszła nie tak prędko. Wolę ją jednak odłożyć. Na później. Choćby na jutro. Zatem tej mojej przyszłej śmierci zawsze towarzyszyć będzie lęk. Dzisiaj nie wpuściłabym jej do siebie. Niechby tak stała za drzwiami, niechby kopała w te drzwi. Nie wpuszczę. Dopiero po pewnym czasie zastanawia się nad tym, dlaczego w ogóle myśli o śmierci w tym wieku, który do takich przemyśleń jej nie opoważnia.
Nauczyciel szedł pusta uliczką do domu i myślał, że nie jest znowu tak źle na tym świecie, skoro ma się do kogo iść, w kogoś wierzyć. Odczuwał miły powiew wiatru na skórze twarzy, wiedząc, że jak zwykle o tej samej porze zacznie się wspólny obiad i rozmowy, a potem – słuchanie muzyki.
Kobieta i tym razem czekała z gotowym obiadem i siedząc na krześle przy kuchennym stole, w pewnej chwili zdrzemnęła się, nie mogąc najwidoczniej znaleźć pociechy w czytaniu tygodnika. Zeszłego popołudnia było tak samo to samo czekanie, drzemka przerwana wizytą sąsiadki. I dzisiaj przyszła, budząc jej sen. Przyszła z wieścią, że do spółdzielni przywieźli kryształy. Cos podobnego! Kryształy do wiejskiego sklepu. Pokazuje torbę. Wyciąga z niej pakunek. Rozwija. Stawia na stole. Ostre światło słonecznych promieni bawi się w ostrych cięciach szkła. - Przechodziłam właśnie obok sklepu i coś mnie tknęło – tłumaczy sąsiadka – musiałam wejść i zobaczyć. I proszę, co kupiłam. Jak się podoba?
Kobieta chwali kryształowy wazon, przypatrując mu się z każdej strony. Widząc radość w oczach sąsiadki, komentuje krótko, lecz wymownie: - Piękny, naprawdę piękny.
Czas mija niepostrzeżenie, odmieniając popołudnie w wieczór. Wchodzi mąż i zastaje żonę samą, w wieczornym domowym ubranie, śpiącą na krześle, z głową wspartą na dłoniach. Światło kuchenne zapalone, włączone radio wypełnia pomieszczenie muzyką. Mężczyzna rozbiera się, wraca do przedpokoju, gdzie pozostawia na wieszaku palto, kapelusz i marynarkę. Przechodząc do kuchni przeciąga się i obserwuje jak żona bezszelestnie wstaje, podchodzi do kuchenki, i włącza palnik pod garnkiem z zupą.
- Jaki ja jestem głodny – mówi mężczyzna, kierując te słowa raczej do siebie, aniżeli stara się zwrócić uwagę żonie.
- Wiesz, że dzisiaj do sklepu przywieźli kryształy.
- Kryształy? – dziwi się, bo nigdy nie widział na półkach wiejskiego sklepu kryształów.
O tak, to jest temat do dyskusji. Przypomina sobie jak bardzo chciał zostać sportowcem i zawsze marzyły mu się puchary. Marzyło mu się wypełnić taki puchar szampanem, zanurzyć w nim usta i wypić wszystko do dna.
Tymczasem zanurza łyżkę w warzywnej zupie. Je pośpiesznie. Żona towarzyszy mu przy posiłku. Nalała sobie zupy i teraz powoli wybiera ją z talerza łyżką, przesuwa do ust, połyka.
- Jutro jadę na wycieczkę – mówi mężczyzna.
- Mówiłeś już o tym.
- Tak ale myślałem, że już o tym zapomniałaś.
- Nigdy nie zapominam tego, co do mnie mówisz.
Rzeczywiście nie zapomina jego słów. Są od dwóch lat razem. Są normalnym małżeństwem, choć nie mają dzieci. Nie obiecywali sobie mieć dzieci, choć ona w tej chwili nie pracuje, więc mogłaby się dzieckiem zająć, gdyby było. On nie ma jej za złe tego, że teraz nie chce mieć dziecka. Rozmawiali już o tym. W ogóle to często rozmawiają z sobą i zdarza się, że nie są dla siebie mili.
Ona mówi, że dopiero kiedy dorobią się czegoś, będą mogli pozwolić sobie na dziecko.
- Ale czy my się kiedykolwiek dorobimy czegokolwiek? Jak możemy do czegoś dojść, jeśli ty gnijesz w tej dziurze, uczysz durne dzieciaki a za przyjaciół masz podobnych do ciebie nieudaczników życiowych lub idealistów, co na jedno wychodzi. Marnieję przy tobie i czuję się niepotrzebna.
- Nigdy nie starałaś się mnie zrozumieć – odpowiadał.
- Tak jak ty nie zrozumiesz kobiet.
- Jak większość kobiet, nie masz jakiegokolwiek światopoglądu.
- A jaki jest ten twój światopogląd. Uczysz tych swoich pisać, czytać i starasz się wszczepić w ich puste głowy tak bardzo nieprzydatne rzeczy, że głowa boli.
- Więc co mam robić?
Rozmawiali w ten sposób kilka razy, choć za każdym razem coraz mniej zawłaszczali sobie przestrzeni do dyskusji, w której racja każdego z nich znaczyłaby więcej.
Ostatnio bardzo wiele zmieniło się i cichły pretensje, jakie wobec siebie zgłaszali.
Obiad jak zwykle jedli późno. Dzisiaj był później niż zwykle, gdyż nauczyciel musiał zostać dłużej w szkole. Jutro ten wyjazd, dwudniowy, z noclegiem poza domem. Kobieta nie będzie zadowolona, bo do tej codziennej samotności, na którą ją naraża, dokłada kolejny element swojej nieobecności. Kiedy zjedli obiad i żona przygotowała herbatę, do której postawiła talerzyk ze świeżo usmażonymi faworkami, popatrzył na nią w taki jakiś inny sposób, wyrażający bunt, a może współczucie.
- Popatrzymy dziś na teatr? Coś Ibsena – odczytywała z trudem – kawa wylała się na gazetę.
- Wiesz – zaczął Adam – chciałbym, abyś jutro kupiła kryształ, taki, jaki będzie ci się podobał.
- Nie musimy kupować kryształu.
- Obawiam się, że jednak musimy. Chciałbym przywieźć z wycieczki kwiaty. Nie sądzisz, że w tym naszym pokoju brakuje kwiatów.
- Myślałam, że dla mnie te kwiaty...
- Dla ciebie.
- Dlaczego od razu nie powiedziałeś, że dla mnie.
- Muszę i tego się nauczyć. Chciałbym coś zmienić.
- I zaczynasz od kwiatów?
- Od czegoś trzeba zacząć. Może wybierzemy się gdzieś w sobotę?
- Gdzie chcesz jechać?
- Jest to mi zupełnie obojętne. Musimy pobyć trochę razem.
- Razem? A nie jesteśmy?
- Razem dla siebie. Tylko dla siebie. Obiecuję, że nie będę brał zeszytów do domu. - W ogóle nie będę brał niczego, co mogłoby się kojarzyć ze szkołą.
- Byłoby miło... inaczej.
- Dlatego kup ten kryształ.
Wieczorem obejrzeli przytuleni do siebie „Dziką kaczkę”.
(1978)
Nauczyciel szedł pusta uliczką do domu i myślał, że nie jest znowu tak źle na tym świecie, skoro ma się do kogo iść, w kogoś wierzyć. Odczuwał miły powiew wiatru na skórze twarzy, wiedząc, że jak zwykle o tej samej porze zacznie się wspólny obiad i rozmowy, a potem – słuchanie muzyki.
Kobieta i tym razem czekała z gotowym obiadem i siedząc na krześle przy kuchennym stole, w pewnej chwili zdrzemnęła się, nie mogąc najwidoczniej znaleźć pociechy w czytaniu tygodnika. Zeszłego popołudnia było tak samo to samo czekanie, drzemka przerwana wizytą sąsiadki. I dzisiaj przyszła, budząc jej sen. Przyszła z wieścią, że do spółdzielni przywieźli kryształy. Cos podobnego! Kryształy do wiejskiego sklepu. Pokazuje torbę. Wyciąga z niej pakunek. Rozwija. Stawia na stole. Ostre światło słonecznych promieni bawi się w ostrych cięciach szkła. - Przechodziłam właśnie obok sklepu i coś mnie tknęło – tłumaczy sąsiadka – musiałam wejść i zobaczyć. I proszę, co kupiłam. Jak się podoba?
Kobieta chwali kryształowy wazon, przypatrując mu się z każdej strony. Widząc radość w oczach sąsiadki, komentuje krótko, lecz wymownie: - Piękny, naprawdę piękny.
Czas mija niepostrzeżenie, odmieniając popołudnie w wieczór. Wchodzi mąż i zastaje żonę samą, w wieczornym domowym ubranie, śpiącą na krześle, z głową wspartą na dłoniach. Światło kuchenne zapalone, włączone radio wypełnia pomieszczenie muzyką. Mężczyzna rozbiera się, wraca do przedpokoju, gdzie pozostawia na wieszaku palto, kapelusz i marynarkę. Przechodząc do kuchni przeciąga się i obserwuje jak żona bezszelestnie wstaje, podchodzi do kuchenki, i włącza palnik pod garnkiem z zupą.
- Jaki ja jestem głodny – mówi mężczyzna, kierując te słowa raczej do siebie, aniżeli stara się zwrócić uwagę żonie.
- Wiesz, że dzisiaj do sklepu przywieźli kryształy.
- Kryształy? – dziwi się, bo nigdy nie widział na półkach wiejskiego sklepu kryształów.
O tak, to jest temat do dyskusji. Przypomina sobie jak bardzo chciał zostać sportowcem i zawsze marzyły mu się puchary. Marzyło mu się wypełnić taki puchar szampanem, zanurzyć w nim usta i wypić wszystko do dna.
Tymczasem zanurza łyżkę w warzywnej zupie. Je pośpiesznie. Żona towarzyszy mu przy posiłku. Nalała sobie zupy i teraz powoli wybiera ją z talerza łyżką, przesuwa do ust, połyka.
- Jutro jadę na wycieczkę – mówi mężczyzna.
- Mówiłeś już o tym.
- Tak ale myślałem, że już o tym zapomniałaś.
- Nigdy nie zapominam tego, co do mnie mówisz.
Rzeczywiście nie zapomina jego słów. Są od dwóch lat razem. Są normalnym małżeństwem, choć nie mają dzieci. Nie obiecywali sobie mieć dzieci, choć ona w tej chwili nie pracuje, więc mogłaby się dzieckiem zająć, gdyby było. On nie ma jej za złe tego, że teraz nie chce mieć dziecka. Rozmawiali już o tym. W ogóle to często rozmawiają z sobą i zdarza się, że nie są dla siebie mili.
Ona mówi, że dopiero kiedy dorobią się czegoś, będą mogli pozwolić sobie na dziecko.
- Ale czy my się kiedykolwiek dorobimy czegokolwiek? Jak możemy do czegoś dojść, jeśli ty gnijesz w tej dziurze, uczysz durne dzieciaki a za przyjaciół masz podobnych do ciebie nieudaczników życiowych lub idealistów, co na jedno wychodzi. Marnieję przy tobie i czuję się niepotrzebna.
- Nigdy nie starałaś się mnie zrozumieć – odpowiadał.
- Tak jak ty nie zrozumiesz kobiet.
- Jak większość kobiet, nie masz jakiegokolwiek światopoglądu.
- A jaki jest ten twój światopogląd. Uczysz tych swoich pisać, czytać i starasz się wszczepić w ich puste głowy tak bardzo nieprzydatne rzeczy, że głowa boli.
- Więc co mam robić?
Rozmawiali w ten sposób kilka razy, choć za każdym razem coraz mniej zawłaszczali sobie przestrzeni do dyskusji, w której racja każdego z nich znaczyłaby więcej.
Ostatnio bardzo wiele zmieniło się i cichły pretensje, jakie wobec siebie zgłaszali.
Obiad jak zwykle jedli późno. Dzisiaj był później niż zwykle, gdyż nauczyciel musiał zostać dłużej w szkole. Jutro ten wyjazd, dwudniowy, z noclegiem poza domem. Kobieta nie będzie zadowolona, bo do tej codziennej samotności, na którą ją naraża, dokłada kolejny element swojej nieobecności. Kiedy zjedli obiad i żona przygotowała herbatę, do której postawiła talerzyk ze świeżo usmażonymi faworkami, popatrzył na nią w taki jakiś inny sposób, wyrażający bunt, a może współczucie.
- Popatrzymy dziś na teatr? Coś Ibsena – odczytywała z trudem – kawa wylała się na gazetę.
- Wiesz – zaczął Adam – chciałbym, abyś jutro kupiła kryształ, taki, jaki będzie ci się podobał.
- Nie musimy kupować kryształu.
- Obawiam się, że jednak musimy. Chciałbym przywieźć z wycieczki kwiaty. Nie sądzisz, że w tym naszym pokoju brakuje kwiatów.
- Myślałam, że dla mnie te kwiaty...
- Dla ciebie.
- Dlaczego od razu nie powiedziałeś, że dla mnie.
- Muszę i tego się nauczyć. Chciałbym coś zmienić.
- I zaczynasz od kwiatów?
- Od czegoś trzeba zacząć. Może wybierzemy się gdzieś w sobotę?
- Gdzie chcesz jechać?
- Jest to mi zupełnie obojętne. Musimy pobyć trochę razem.
- Razem? A nie jesteśmy?
- Razem dla siebie. Tylko dla siebie. Obiecuję, że nie będę brał zeszytów do domu. - W ogóle nie będę brał niczego, co mogłoby się kojarzyć ze szkołą.
- Byłoby miło... inaczej.
- Dlatego kup ten kryształ.
Wieczorem obejrzeli przytuleni do siebie „Dziką kaczkę”.
(1978)
Brzask
Odczepiono lokomotywę i zostaliśmy sami na pustkowiu, zepchnięci na boczny tor zanurzony w wysokiej trawie, otoczony zewsząd szpalerami wybujałych, kolczastych krzewów.
Którejś nocy, w czasie gdy byliśmy już na etapie przyzwyczajania się do nowego miejsca, zauważyliśmy, że rozkręcono szyny, ciągnące się długimi brunatnymi strużkami aż do odległego rozjazdu, a stamtąd do miasteczka. Taki oto był los tej wąskotorowej kolei. Któżby pomyślał, że jednej nocy odcięta zostanie droga powrotu.
Pewna kobieta dowiedziawszy się o tym fakcie oznajmiła, że prosiła Boga o takie rozwiązanie. – Śniłam to i wiedziałam, że się spełni. Moje sny są prorocze.
Być może wielu z nas myślało podobnie, lecz nikt oprócz niej nie miał odwagi przyznać się do swoich szczególnych marzeń. Po długich godzinach milczenia, jakie wtedy zapadło, godzinach będących wyrazem naszych wątpliwości i reakcją na ów dziwny stan naszej świadomości, postanowiliśmy położyć kres naszemu zwątpieniu i apatii. Przystąpiliśmy do świętowania każdego dnia i poczuliśmy się wreszcie właścicielami nowego życia. Czuliśmy, że uczestniczymy w odkrywaniu i nazywaniu otaczających nasz przedmiotów, roślin i zwierząt. Chwaliliśmy naturę, jej nowych bogów i czarowników. Znaleźliśmy się w zaklętym korowodzie radości, jaka spłynęła na nas niby ożywczy powiew morskiej bryzy. Oto w jednej chwili staliśmy się dziećmi z lekkim bagażem wspomnień i ciężkimi tobołami nadziei. Odurzeni narkotycznym tańcem nie wierzyliśmy, aby los gotował nam gorzką ucztę i jedynie dla pokusy łaskotał nasze podniebienia fałszywym słodem.
Otóż i ziemia nasza, jak okiem sięgnąć, dziewiczo piękna, cicha i tylko pozornie obumarła. I na tej ziemi tych kilkanaście wagonów, stojących jeszcze na szynach cywilizacji, ta nasza oaza, domostwa, spiżarnie i warsztaty pracy – to wszystko, co wzięliśmy z sobą szpeciło te krainę, choć jednocześnie było dla nas na ten czas niezbędnym łącznikiem ze światem, od którego odeszliśmy.
Nie wiedzieliśmy na jak długo starczą nam zapasy żywności. Zanim zaczniemy żyć naprawdę, trzeba będzie czas jakiś korzystać z dobytku, który przytaszczyliśmy z sobą. W tej chwili był on nam potrzebny jak tlen.
Zasiadając do pierwszego ogniska, nie mogliśmy się oprzeć zdziwieniu, jak ogromny ciężar dźwignęła lokomotywa, przenosząc go na nowe miejsce. Wspomnieliśmy tę szczególną podróż, podczas której, z racji jej powolności, wyskakiwaliśmy w czasie jazdy z wagonów i podążaliśmy skrajem torowiska obok ślamazarnie połykającej przestrzeń kolejki.
A potem ... potem, nasyciwszy się na tej pierwszej wieczerzy w innym świecie, rozmyślaliśmy wiele o naszej przyszłości, rozmawiając długo i bezustannie słuchając jedno drugiego. Uwierała nas nie troska o przetrwanie i lęk przed nieznanym, lecz ten potężny balast naszych przyzwyczajeń. Pragnęliśmy tego, aby wszelkie zło tamtego świata, jakie przywieźliśmy z sobą, można było wyrzucić z pamięci, jak ten sen drażliwy, przed brzaskiem, budzący niepokój, lecz znikający natychmiast po pierwszym spojrzeniu w poranne promienie słońca.(...)
(1992)
[Wątek podróży i zmiany miejsca występuje w bardzo wielu innych tekstach. Powyższy jest niejako uzupełnieniem czy kontynuacją innego tekstu, który, jeśli czas pozwoli, zamieszczę. Charakterystyczną cechą tego wątku jest kreowanie świata przedstawionego z punktu widzenia pewnej zbiorowości, co nie występuje we wcześniejszych próbach i z tego prawdopodobnie powodu w pewnym momencie zaniechałem dalszego ciągu.]
Pewna kobieta dowiedziawszy się o tym fakcie oznajmiła, że prosiła Boga o takie rozwiązanie. – Śniłam to i wiedziałam, że się spełni. Moje sny są prorocze.
Być może wielu z nas myślało podobnie, lecz nikt oprócz niej nie miał odwagi przyznać się do swoich szczególnych marzeń. Po długich godzinach milczenia, jakie wtedy zapadło, godzinach będących wyrazem naszych wątpliwości i reakcją na ów dziwny stan naszej świadomości, postanowiliśmy położyć kres naszemu zwątpieniu i apatii. Przystąpiliśmy do świętowania każdego dnia i poczuliśmy się wreszcie właścicielami nowego życia. Czuliśmy, że uczestniczymy w odkrywaniu i nazywaniu otaczających nasz przedmiotów, roślin i zwierząt. Chwaliliśmy naturę, jej nowych bogów i czarowników. Znaleźliśmy się w zaklętym korowodzie radości, jaka spłynęła na nas niby ożywczy powiew morskiej bryzy. Oto w jednej chwili staliśmy się dziećmi z lekkim bagażem wspomnień i ciężkimi tobołami nadziei. Odurzeni narkotycznym tańcem nie wierzyliśmy, aby los gotował nam gorzką ucztę i jedynie dla pokusy łaskotał nasze podniebienia fałszywym słodem.
Otóż i ziemia nasza, jak okiem sięgnąć, dziewiczo piękna, cicha i tylko pozornie obumarła. I na tej ziemi tych kilkanaście wagonów, stojących jeszcze na szynach cywilizacji, ta nasza oaza, domostwa, spiżarnie i warsztaty pracy – to wszystko, co wzięliśmy z sobą szpeciło te krainę, choć jednocześnie było dla nas na ten czas niezbędnym łącznikiem ze światem, od którego odeszliśmy.
Nie wiedzieliśmy na jak długo starczą nam zapasy żywności. Zanim zaczniemy żyć naprawdę, trzeba będzie czas jakiś korzystać z dobytku, który przytaszczyliśmy z sobą. W tej chwili był on nam potrzebny jak tlen.
Zasiadając do pierwszego ogniska, nie mogliśmy się oprzeć zdziwieniu, jak ogromny ciężar dźwignęła lokomotywa, przenosząc go na nowe miejsce. Wspomnieliśmy tę szczególną podróż, podczas której, z racji jej powolności, wyskakiwaliśmy w czasie jazdy z wagonów i podążaliśmy skrajem torowiska obok ślamazarnie połykającej przestrzeń kolejki.
A potem ... potem, nasyciwszy się na tej pierwszej wieczerzy w innym świecie, rozmyślaliśmy wiele o naszej przyszłości, rozmawiając długo i bezustannie słuchając jedno drugiego. Uwierała nas nie troska o przetrwanie i lęk przed nieznanym, lecz ten potężny balast naszych przyzwyczajeń. Pragnęliśmy tego, aby wszelkie zło tamtego świata, jakie przywieźliśmy z sobą, można było wyrzucić z pamięci, jak ten sen drażliwy, przed brzaskiem, budzący niepokój, lecz znikający natychmiast po pierwszym spojrzeniu w poranne promienie słońca.(...)
(1992)
[Wątek podróży i zmiany miejsca występuje w bardzo wielu innych tekstach. Powyższy jest niejako uzupełnieniem czy kontynuacją innego tekstu, który, jeśli czas pozwoli, zamieszczę. Charakterystyczną cechą tego wątku jest kreowanie świata przedstawionego z punktu widzenia pewnej zbiorowości, co nie występuje we wcześniejszych próbach i z tego prawdopodobnie powodu w pewnym momencie zaniechałem dalszego ciągu.]
23 stycznia 2010
W którym nie ma kobiety ...
W którym nie ma kobiety
bieleje śmiałością tynków
lśni wewnątrz lakierem
pusty głos
echem pobrzmiewa po pokojach
w lustrze to samo wciąż odbicie
pochylony cień wałęsa się po przedpokoju
książka otwarta na tej samej stronie
nie odkurzana blednie każdego poranka
odłączony dzwonek do drzwi
umiera bezczynną śmiercią przedmiotów
niepotrzebny nikomu szlafrok z kapturem
wysycha na pieprz
czuję jak twardnieją ręce
na powieki napływa wosk
i ta w otwartym oknie twarz
zastyga nieobecna
jak wystawiony na aukcję staroci sprzęt.
(1984)
Krzywd moich ...
Krzywd moich nie rozpraszaj uśmiechem
żalu nie stępiaj pocałunkami
smutku nie chowaj w moich dłoniach
płaczu nie zacieraj chusteczką
bo ją splamisz
(1984)
Lubieżność ud ...
Lubieżność ud kruchość pocałunku
nadąsanie twarzy której komarzyce
wątpliwą czynią nań ozdobę
wszystko mieliśmy przeciwko sobie
zegar księżycowy stanął w półśnie
sen zamknął oczy
rankiem
obudziłem się na innej planecie
(1984)
Biec będę cieniem ...
Skrusz ogniwa łańcucha
na którym prowadzasz mnie
od różowego poranka
do cieknącej strugą nocy
stopy moje i tak
biec będą cieniem twego śladu
nieuniknione.
(1984)
Subskrybuj:
Posty (Atom)